Poniżej przedstawiamy blogi Polaków mieszkających w Holandii, jeśli chcesz, aby i twój blog się tu znalazł skontaktuj się z nami na maila Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Zanim z Polski wróciły nasze dzieci musiałam rozwiązać problem z nogą. Po drugiej wizycie w szpitalu ostatecznie zdjęto mi usztywniający plaster po raz drugi robiąc mi darmową depilację nogi. Wreszcie mogłam w miarę normalnie chodzić. Jednak ból nogi nie mijał. Pielęgniarka powiedziała, że na dalsze ewentualne leczenie mam się udać do lekarza rodzinnego.

Pierwsza noc była koszmarem. Następne też nie były lepsze, ta pierwsza jednak szczególnie zapadła mi w pamięć.

Zaczęło się od tego, że nie umiałam wejść na piętro. Moje schody są bardzo dziwne i w pewnym miejscu zaczynają skręcać jednocześnie zwężając się z jednej strony. Bałam się, że moje ręce zaopatrzone w berła nie utrzymają ciężaru wcale nie lekkiego przecież ciała. Odłożyłam więc berła i próbowałam wejść na górę skacząc na jednej nodze schodek po schodku, rękami przytrzymując się poręczy. To także nie był najlepszy pomysł, bo bardzo szybko się zmęczyłam, zaczęła mnie boleć zdrowa noga i ręce. Mąż próbował podpierać mnie za plecy, ale i to niewiele pomogło.

W piątek 3 lipca był jak zwykle każdy piątek dniem wypłaty i zakupów. Tym razem miałam w planach odwiedzenie sklepu obuwniczego i zakup sandałków. Zbliżało się bowiem lato, a ja nie miałam odpowiedniego obuwia.

W Schoenenreus znalazłam piękne białe sandałki za bezcen, bo 9,99€ to przecież jak za darmo. Do tego za drugie tyle kupiłam klapeczki na obcasie, na które długo „chorowałam”. Tym sposobem wydając niewielkie pieniądze miałam aż dwie pary butów.

Było mi to bardzo na rękę, tym bardziej, że potrzebowałam jakieś buty do pracy. To znaczy na drogę do i z pracy. Nie lubiłam chodzić na okrągło w „roboczym” ubraniu. Tym bardziej, że moje robocze ubranie składało się z grubego, buro granatowego polara, którego dostałam w pierwszym dniu pracy, z grubego swetra ubranego pod polar, z jeansów i specjalnych butów ze stalowymi czubami, tzw. „stalkapy”. W takim ubraniu raczej nie chodzi się w lipcu po ulicach, nawet w Holandii. Poza tym miałam go dosyć przez 8 godzin w pracy.

Po nieprzespanej nocy poranek był szczególnie ciężki. Mąż pojechał do pracy, a ja musiałam załatwić dwie sprawy. Najpierw wraz z córką poszłyśmy do sklepu zapłacić za cukierki.

Było mi wstyd, kiedy stanęłam przed kierownikiem sklepu i zaczęłam go przepraszać. Byłam czerwona jak burak i widziałam wszystkie oczy całego personelu skierowane na swoją osobę, gdy płaciłam mu za cukierki. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię, uciec gdzie pieprz rośnie….

Cudownie. Przyjechali Polacy i kradną….

Pocieszałam się jednak myślą, że córce także nie jest do śmiechu…

Druga sprawa wcale nie była łatwiejsza. Jak powiedzieć komuś ze jego dziecko kradnie? Ale nie mogłam się cofnąć, uważałam ze oni tez powinni wiedzieć ze ich syn kradnie i namawia do kradzieży. Idąc do nich czułam jak wzbiera we mnie złość.

Zepsuty laptop rozwalił mnie kompletnie. W jednej chwili straciłam dostęp do swoich ulubionych stron, do darmowych rozmów na skype z rodziną i przyjaciółmi a przede wszystkim straciłam ponad 4 GB muzyki i około 1 GB prywatnych zdjęć robionych jeszcze w Polsce. Myślałam, że mnie trafi szlag.

Przez resztę wieczoru bezskutecznie próbowałam uruchomić laptopa. Niestety, nie udało się. Zadzwoniłam do Polski, do brata z nadzieją, że powie mi, co mam robić. On jednak stwierdził, że żaden lekarz nie uleczy pacjenta przez telefon i poradził mi poczekać kilka dni. Następnego wieczora mąż wyjął baterie, rozkręcił laptopa, pooglądał wszystkie układy scalone, odkurzył, jednak z racji tego, że nie jest informatykiem ani monterem laptopów nie był w stanie stwierdzić czy coś jest zepsute.

Po powrocie ze Slagharen trzeba było wrócić do rzeczywistości, czyli ja z mężem do pracy a dzieci jeszcze do szkoły. Do szkolnych wakacji pozostało jeszcze całe dwa tygodnie i chociaż „wywiadówki” już były to dzieci miały nadal w miarę normalna naukę.

My też pracowaliśmy normalnie - pobranie orderu, kontenery, magazynowe korytarze, drukarka, dok, pobranie orderu, kontenery…. Wciąż i wciąż i wciąż.

Lubiłam swoją pracę. Wprawdzie czasem można było nieźle się wkurzyć, ale chodziłam do pracy z chęcią, a to się liczy. Owszem, czasami zdarzały mi się dni „zwątpienia”, niemocy i takie, w których mówi się „mam wszystko w d**e, nigdzie nie idę”, ale to była rzadkość.

Niedziela 28 czerwca 2009 roku była piękna, bardzo ciepła i słoneczna. Ucieszyłam się bardzo z tego powodu. Czułam, że wycieczka nam się uda.

Dzień wcześniej zatankowałam samochód i wypłaciłam pieniądze. Nie do końca wierzyłam w ten „darmowy” wstęp. Poza tym przecież musieliśmy też cos zjeść, bo nie zamierzałam targać ze sobą kanapek jak do Wesołego Miasteczka w Chorzowie.

Dzieciom powiedziałam tylko tyle, że jedziemy na wycieczkę-niespodziankę. Prosiłam też by ubrały wygodne ciuchy i obuwie. Wzięliśmy zapas wody mineralnej, nawigację i obowiązkowo aparat fotograficzny. Na wszelki wypadek zabrałam karty ubezpieczeniowe z Menzis. Mogli przecież sprawdzić czy faktycznie jesteśmy ubezpieczeni. Nie zapomniałam też o biletach wstępu…

Wiadomości z Holandii

Szukaj domu w Holandii

Miasto
Pokoje od
Cena od
Cena do
Nieruchomosci Holandia

Facebook