Kolejne dni, kolejne domy, kolejni ludzie...

Kolejne dni nie były już tak nerwowe.
We wtorek byłam u Nynke i Basa. Okazało się, że oni choć mieszkają razem, mają wspólny dom i dwie urocze córeczki nie są wcale małżeństwem.

W Holandii taki układ jest normalny i nazywa się związkiem partnerskim. Gdy taki związek zostanie zarejestrowany w gminie to para nabiera takich samych praw, jak gdyby byli małżeństwem (łączenie dochodów, wychowanie dzieci, dziedziczenie, rozliczenie podatków). Jednym słowem inaczej niż w Polsce.

Dowiedziałam się też, że w wakacje planują swój ślub.

Nynke pracowała, a Bas był na zwolnieniu lekarskim. Podobnie jak ja miał problemy z nogą, tyle, że na podłożu reumatycznym.

Poznałam też ich córeczki – pięcioletnią Olivię i dwuletnią Fennę. Olivia chodziła do szkoły a Fenna do przedszkola.

Sprzątanie u nich to nie była katorga, pomimo tego, że dom mieli faktycznie duży. Nynke wytłumaczyła mi, że czasami będe musiała posprzątać na drugim piętrze, tam gdzie biuro, ale w zamian nie będę sprzątać albo pierwszego piętra, albo parteru. Odetchnęłam więc z ulgą. Nie musiałam latać jak mały ruski samochodzik, żeby wysprzątać wszystko.

Gdy zaczęłam sprzątać piętro i pokoje dzieci okazało się, że właściwie to ścieram niewidoczne kurze… Półki, parapety, szafki, a nawet podłogi – wszystko wyglądało jakby ktoś dzień wcześniej już to wysprzątał. Jedynie w dużej łazience widać było ślady używania – włosy w umywalce, ślady po paście do zębów czy mydle.

Oczywiście w kuchni też widać było, że pani domu coś w niej robi. Jednak piec był umyty, w zlewie było pusto.

Sprzątanie takiego domu to sama przyjemność.


W środę sprzątanie u Maaike.

Maaike wprawdzie pracowała, ale zawsze w środy miała wolne. Chyba z racji tego, że dzieci miały w ten dzień zajęcia tylko do 12.00. Gdy ja przychodziłam to niezależnie od pogody ona przebierała się w dres i szła pobiegać, a czasem po drodze robiła zakupy w pobliskim sklepie. Przez godzinę lub dłużej miałam więc spokój.


Później byłam u Claire – przemiłej starszej pani, gdzie nie dość, że prawie nie było co sprzątać to jeszcze dostałam kawę i ciastko. Bardzo milo się z nią rozmawiało. Umiała nie tylko po angielsku, ale także po rosyjsku i z tego co pamiętam po francusku.

Była wdową, miała dwoje dzieci, ale każde z nich miało swoje rodziny. Mieszkała sama w dużym jak na jedna osobę domku z ogródkiem i garażem,

Ten jej domek mnie zauroczył…


Czwartek – sprzątanie u Sandry i Danielle…

Sandra okazała się ciepłą pulchną kobietą w moim wieku. Jej mąż Jerry pracował w księgowości a zajmowała się dziećmi. Dopiero później dowiedziałam się, że ona pracuje, ale kilka razy w miesiącu. Wtedy, gdy jest taka potrzeba.

Dzieci mieli dwoje. Twan miał lat 5 i chodził już do szkoły, a jego siostra Amber miała dopiero niecałe 3 lata i jeszcze rok czasu by do tej szkoły iść.

Gdy ja przychodziłam sprzątać to Sandra karmiła Amber, a później zabierała ją ze sobą na zakupy zostawiając mi wolna chatę na spokojnie posprzątanie.

W tym domu też się dobrze sprzątało, ale szokowało mnie to, co Sandra robiła z rzeczami stojącymi na podłodze…

Wszystkie przeszkadzające mi w sprzątaniu rzeczy ustawiała na łóżkach w sypialniach i na stole w salonie…

Tym sposobem zarówno łóżko jej jak i Twana zawalone było gratami, zabawkami, pudlami, torbami, a stół w salonie to nie raz był przegląd całego tygodnia zabaw i posiłków dzieci.

Stwierdziłam jednak, że to nie moja sprawa i sprzątałam całą resztę nie ruszając ani łóżek ani stołu w salonie.
Sandra miała też jedną śmieszna manię, o której już mówiła mi Paulina. Co tydzień zapisywała na karteczce to, co ma aktualnie posprzątać. Czasem wyglądało to śmiesznie, bo niemal tydzień w tydzień pisała to samo:

„Zetrzeć kurze, odkurzyć podłogi, umyć łazienkę, wysprzątać kuchnię, umyć ubikację, umyć podłogi”

Czasem na tej liście pojawiał się napis „umyć okna w środku (lub na zewnątrz)”, czy „odkurzyć strych”, ale było to raczej sporadycznie.

Tak więc gdybym zapomniała co się u niej sprząta, zawsze miałam listę na stole.

Generalnie oprócz wiecznego bałaganu w kuchni to resztę domu sprzątało się dobrze.

 

Później jechałam do Danielle. Która mieszkała w samym centrum Woerden. Tego sprzątania bardzo nie lubiłam. Nie dlatego, że dom był jakiś zapuszczony. Denerwowało mnie, że muszę płacić za parking i to z własnej kieszeni, a poza tym u niej w domu zawsze czuć było niedojedzony stary chleb i wilgoć. Na dodatek nie miała normalnej szmaty do podłogi czy mopa, ale specjalne nasączane płynem jednorazowe ściereczki do podłogi. Na szczęście nie trzeba było wycierać nimi drewnianej podłogi w ogromnym salonie.

Za to musiałam ścierać kurz z tysięcy książek stojących na półkach w salonie.

Ani Daniell ani jej męża nigdy nie było w domu i to dawało mi swego rodzaju komfort sprzątania. Mogłam usiąść, odpocząć, zjeść batonika i nikt nie patrzył mi na ręce.
W piątek tez miałam dwa domy.

Pierwszy z nich to dom Mieke i Erica. Sprzątanie co dwa tygodnie i za każdym razem jak tam wchodziłam to wszędzie na podłodze widziałam kłęby kurzu.

Miekie mówiła, że ich dzieci kończą szkolę o 12.00 dwa razy w tygodniu i z tego powodu Eric nie pracuje w środy, a ona w piątki. Tym sposobem zawsze, gdy tam sprzątałam ona była w domu. Siedziała na dole i nie przeszkadzała, czasem szła na duże zakupy do sklepu.

Była bardzo miła i zawsze wołała mnie na przerwę. Dostawałam kawę i ciastko, chwilkę porozmawiałyśmy i ja wracałam do sprzątania.

Dom ogólnie w porządku, ale trzeba by go było sprzątać co tydzień. Co dwa tygodnie to było za mało czasu na gruntowne wyczyszczenie wszystkiego.

 

Kolejne sprzątanie w piątek było u Renaty. Wprawdzie co tydzień, ale zawsze dopiero od 12.15, jak skończyłam u Mieke. Denerwowało mnie to, bo u Mieke sprzątałam co dwa tygodnie a u Renaty co tydzień.

Dom był duży, nowy i brzydki. Sprzątanie tam zawsze dawało mi „w dupę”.

Ostatnie piętro jeszcze się jakoś sprzątało. Dwa pokoje chłopców miały niewiele sprzętu i bibelotów. Biurka niemal poste, parapety okienne też. Na podłodze panele i mały dywanik pod łóżkiem. W ich łazience była kabina prysznicowa, muszla i umywalka, i niemal nie było zbędnych kosmetyków – mydło, dezodoranty, pasty i szczoteczki do zębów. Za to lustro przy umywalce aż do sufitu…

Piętro niżej – gabinet pana doktora – składowisko przeróżnych specjalistycznych czasopism, reklam, książek, ale także jakieś pudla, pudełeczka, kartony i kartoniki…

Biurko zawalone papierami i zakurzone jakby od lat niesprzątane…

Podobnie w pokoju obok u córki, gdzie na biurku leżało zakurzone pół drogerii – cienie, szminki, lakiery, dezodoranty, spinki, gumki….

Olałam i jedno biurko i drugie – nie sposób było tam posprzątać.

Kolejny koszmar – łazienka. Podobnie ja na górze nad umywalka było lustro na cala ścianę a pod nim murek. Ten murek jak również wanna obstawione były tak szczelnie kosmetykami, ze zdejmując jeden momentalnie przewracało się 2-3 inne…
Ale wszystko to przebijał parter, gdzie był salon z otwartą kuchnią…

W salonie jeszcze jako tako – malo mebli, malo kurzu. Na stoliku przy sofach i na stole jadalnym porządek, na podłodze oprócz kwiatków niemal pusto.

Za to w kuchni na blacie okruszków chyba z całego tygodnia…

Szlag mnie trafił, bo w momencie, gdy ja zaczynałam sprzątać kuchnię wracały dzieci ze szkoły i zaczynały szykować sobie jedzenie. To jedzenie to były tosty, którymi kruszyli po blacie jeszcze bardziej.

Dobra, logicznym dla mnie jest, że ktoś wraca do domu i jest głodny, że ktoś robi sobie tosty, że tosty kruszą. Natomiast kompletnie nielogicznym jest fakt, że w momencie, gdy ja kończę sprzątać górę to ktoś w tym momencie spaceruje sobie po brudnej jeszcze kuchni w skarpetkach, zbiera na te skarpetki cały możliwy do wzięcia brud i z tym brudem na skarpetkach maszeruje dziarsko na posprzątane właśnie piętro….

Nie jestem osobą, która przesadnie dba o czystość, ale skoro już sprzątam i to za pieniądze to chciałabym, żeby ktoś szanował moją pracę… Przynajmniej do momentu, zanim nie wyjdę ze sprzątanego domu…

Niestety, nic na to nie mogłam poradzić….

Skończyłam sprzątanie i mogłam wrócić do domu.

Pan doktor wręczył mi pieniądze, pożegnałam się i poszłam do samochodu.

Musiałam jeszcze załatwić sprawę z pieniędzmi dla Pauliny.

Byłam umówiona z Przemkiem na parkingu przy LIDL-u, pojechałam więc prosto tam.

Gdy Przemek przyjechał to prosto z mostu oznajmiłam mu, co ja o tym myślę. Dodałam też, że następne pieniądze dostaną dopiero za dwa tygodnie i że maja wcześniej nie dzwonić.

Przemek zapewnił mnie, że on to rozumie, że to kryzysowa sytuacja i takie tam. Pożegnałam się szybko i wróciłam do domu. Musiałam odpocząć, usztywnić nogę. Czekało mnie jeszcze sprzątanie u Hetty.

W sobotę wybrałam sie więc do niej. Na pierwszy rzut oka mieszkanie ładne i zadbane. Kuchnia mała, ale schludna, w salonie wszędzie kwiatuszki, serweteczki, obrazeczki.

Za to w pokojach na piętrze...

W jednym z pokoi swoje biurko z komputerem miał mąż Hetty, do tego pólka uginająca się od książek i różnych mniej lub bardziej potrzebnych rzeczy – figurki, zdjęcia, baterie, aparaty, tabletki. Na biurku podobnie – mnóstwo urządzeń podpiętych do komputera, dwa modemy internetowe, drukarka, jakieś papiery, mnóstwo zdjęć…. I to wszystko przysypane popiołem z palonych przez niego cygar. Nie sposób tego wyczyścić…

W drugim pokoju było królestwo Hetty. Nie było tam wprawdzie popiołu z cygar, ale biurka nie dało się posprzątać… Wszędzie jakieś papiery, dokumenty, zdjęcia, dwie klawiatury… Horror.

Łazienka zastawiona kosmetykami z Ives Rocher – flakoniki małe, większe i całkiem duże – wszystko trzeba cofnąć i wytrzeć.

Na szczęście sprzątając u niej co tydzień sprzątałam na zmianę raz górę a raz dół. W przeciwnym wypadku chyba nie dałabym rady psychicznie tego ogarnąć…

 portal e-holandia.info poleca blog http://slodko-gorzkaholandia.bloog.pl

Wiadomości z Holandii

Szukaj domu w Holandii

Miasto
Pokoje od
Cena od
Cena do
Nieruchomosci Holandia

Facebook