Kolejny cios

Czekając na kolejna wizytę u ortopedy i chodząc na rehabilitację siedziałam w domu i gotowałam obiadki.

Dzieci codziennie chodziły do szkoły, mąż jeździł do pracy. Jeździł skuterem, dopóki miał taką możliwość, czyli dopóki nie wymagano prawa jazdy na skuter od osób urodzonych przez rokiem 1980, a jedynie specjalny papierek zwany bromfietscertificaat.

Mąż nie miał takiego certyfikatu, ale w większości jeździł skuterem po ścieżkach rowerowych więc wierzyliśmy w to, że nie będzie problemu przy ewentualnej kontroli.

Niestety, z dniem 1 października 2009 roku wszystkie bromfietscertificaat musiały zostać wymienione na normalne prawo jazdy. I tu pojawił się problem, ponieważ mąż musiałby zdawać egzamin. Dlatego grzecznie odstawił skuter do garażu i przesiadł się na rower. Bywało, że w deszczowe dni gdy miał na 6.00 rano woziłam go do pracy. Rower jechał wtedy w bagażniku. Jeśli kończyl po 23.00 a padał deszcz to tez czesto go odbierałam.

Któregoś dnia gdzieś pod koniec pażdziernika siedziałam jak zwykle w domu zajęta nicnierobieniem, czyli spanie, sprzątanie, gotowanie, hobby (wyszywanie, Internet), telewizja, rozmyślanie….

Dzieci w szkole, mąż w pracy, ja sama w domu z psem. I nagle dzwoni telefon, odbieram i słyszę głos męża

- Kochanie, przyjedź po mnie…

Zdziwiłam się bardzo. Była dość wczesna godzina jak na to, by już skończył pracę, poza tym pogoda wręcz zachęcała do jazdy na rowerze.

Mąż jednak nie chciał nic mówić, tylko poprosił, bym odebrała go z pracy, bo źle się czuje. Pojechałam więc po niego, wspólnymi siłami wpakowaliśmy rower do bagażnika i wróciliśmy do domu.

Mąż powiedział mi tylko tyle, że źle się poczuł i Daniel z Arifem zwolnili go do domu.

Po południu zadzwonili Bożena i Michał i dopiero od nich dowiedziałam się, że mój mąż na tyle źle się poczuł, że prawie zemdlał w pracy, podczas przygotowywania orderu i że to oni zasugerowali teamleaderom by ci zwolnili go do domu z zaleceniem pójścia do lekarza…

Kompletnie mnie zatkało, bo mąż oczywiście nic mi nie powiedział… Zjadł jakąś przekąskę, wziął prysznic i w oczekiwaniu na obiad odpoczywał na sofie….

Zrobiłam mu małą awanturę i następnego dnia nie zważając na jego protesty zarejestrowałam go do naszego lekarza rodzinnego.

Za tłumacza służyła nasza córka. Lekarz obejrzał mojego męża, zbadał ciśnienie, wypytał o samopoczucie i skierował nas do szpitala na badanie krwi. Prosto z gabinetu pojechaliśmy więc na szpital. Dziwiło mnie to, że o ile w Polsce badanie krwi i moczu robi się wyłącznie w godzinach rannych, o tyle tu w Holandii niemal nie ma znaczenia pora dnia, w której oddaje się krew czy mocz do analizy.

W szpitalu skierowano nas do rejestracji, gdzie pobraliśmy numerek z automatu, oddaliśmy skierowanie i musieliśmy odczekać na swoją kolej. Gdy na wyświetlaczu pokazał się nasz numerek posłałam córkę i męża do „gabinetu”.

Ja zostałam w poczekalni by niepotrzebnie nie robić sztucznego tłoku i przeszkadzać w pobieraniu krwi.

Gdy już krew została pobrana mąż otrzymał specjalny, podpisany pojemnik na mocz i udał się do toalety a córka zaczęła mi opowiadać, jak wyglądał gabinet zabiegowy i o co pytała pielęgniarka. Po oddaniu pojemnika w rejestracji mogliśmy wrócić do domu.

Następnego dnia mąż normalnie poszedł do pracy, a po tygodniu wróciliśmy do rodzinnego, gdzie już czekały wyniki męża.

Diagnoza lekarza była dla mnie szokiem – bardzo wysoki poziom cukru i cholesterolu. Jednym słowem CUKRZYCA.

Od razu zaprowadzono nas do gabinetu obok, gdzie przyjmowała lekarka diabetyczka. Przedstawiła się jako Caroline i oznajmila, że to ona z racji swego zawodu będzie prowadziła leczenie męża.

Wypytała o jego samopoczucje, o to jak czuł się wcześniej i jak czuje się teraz. Zapytała też o to, że w rodzinie męża jest ktoś chory na cukrzycę.

Dostała odpowiedź twierdząca, ponieważ mój teść już od kilku lat choruje na cukrzycę i musi przyjmować insuline dożylnie. Tego obawiałam się najbardziej...

Dostaliśmy dokładne wskazówki na temat choroby i jej leczenia, zalecenia diety oraz odpowiednią dawke tabletek i zaproszenie do kontroli za miesiąc.

Byłam zdruzgotana....

Cukrzyca to choroba przewlekła. Da się z nią życ, owszem, ale tak do końca nie da się jej wyleczyć i chory skazany jest na długotrwałe przyjmowanie tabletek lub zastrzyków.

Byłam przekonana, że przecież cukrzyca nie bierze się z dnia na dzień. Przeanalizowałam ostatnie miesiące i doszłam do wniosku, że to zaczęło się już dużo, dużo wcześniej....

Mąż zawsze był łasuchem. Ciasta i czekolady znikały z domu w zastraszającycm tempie. Zawsze też należał do osób tęższych. Nigdy mi to nie przeszkadzało, jak również i to że potrafił o 3.00 w nocy pójść po tabliczke czekolady i zjeść ją w całości... Wtedy jednak nie miał nigdy problemów zdrowotnych. Zawsze był zdrów jak ryba, nie brało go nawet przeziębienie czy grypa.

Jednak teraz doszłam do wniosku, że od niedawna zaczęło się dziać z mężęm coś niedobrego, coś, czego ja zajęta walką o sprawną nogę nie zauważyłam w odpowiednim momencie....

W ciągu dnia i nocy mój mąż wypijał ogromne ilości napojów, wiecznie był zmęczony i drażliwy, wiecznie chodził za potrzebą i dosyć dużo schudnął pomimo jedzenia normalnych posiłków...

Przyjęło się uważać, że cukrzyca to choroba otyłych, jednak mój mąż nagle zaczął narzekać na to, że ubrania zrobiły się za luźne, że wiszą na nim jak na wieszaku...

Mąż Kaśki też był cukrzykiem, nie raz opowiadała o jego leczeniu, zastrzykach i o tym jakie miała z nim problemy gdy spadł mu poziom cukru, gdzy o mało co nie zapadł w śpiączkę. Do tego teść wbijający sobie zastrzyki z insuliną w brzuch....

Na szczęście mój mąż nie potrzebował zastrzyków, bo jego organizm produkował insulinę. Nie była ona jednak dostatecznie szybko i w odpowiedniej dawce wchłaniana. Dlatego musiał brać specjalne leki, trzymac dietę oraz być pod stałą kontrolą lekarską.

Caroline powiedziała także, że nie powinien zbytnio sie przemęczać i odradziła mu jazdę na rowerze. Kazała też kupić specjalne cukierki, które miały odgrywac rolę cukrowej „bomby” w przypadku nagłego spadku cukru.

Po miesiącu znów dostaliśmy skierowanie na badanie krwi i moczu, oraz na badanie dna oka, z racji tego, że cukrzyca może spowodować uszkodzenie wzroku.

Wyniki wyszły o niebo lepsze, bo zaczęły działać tabletki, no i dieta zaczęła przynosic rezultaty. Mąż musiał znacznie ograniczyć spożywanie słodyczy, z cukru przerzucic sie na słodzik, pić niskosłodzone napoje i jeść niskotłuszczowe produkty. Do tego był zmuszony jeść posiłek rano przed wyjściem do pracy oraz brać jedzenie do pracy, czego wcześniej nie robił.

Z racji tego, że wyniki znacznie się poprawiły Caroline zmniejszyła mu dawkę leków i zaprosiła na kolejną wizytę w styczniu.

Zapytałam jeszcze o wyjazd do Polski, bo przecież mieliśmy już zaplanowany urlop. Okazało się, że nie ma żadnych przeciwwskazań, oczywiście pod warunkiem, że mąż nadal będzie zażywał lekarstwa i pilnował diety. O ile z tym pierwszym wiedziałam, że nie będzie problemu, to obawiałam sie o to drugie. Przecież święta zawsze sprzyjają obżarstwu, a jego mama zawsze mu dogadzała we wszystkim. Obiecałam sobie jednak, że jesli będzie trzeba to będę z teściową walczyć pazurami, byle by tylko mój mąż trzymał dietę.

Dowiedzieliśmy się jeszcze, że krótko przed wyjazdem mamy mamy poprosic o coś w formie „paszportu”, gdzie lekarz wpisze na co mąż jest chory i jakie bierze leki. To tak na wszelki wypadek, gdyby coś sie działo niedobrego w trakcie urlopu.

Na początku grudnia zgłosiłam więc zapotrzebowanie na taki „paszport” oraz na tabletki. Zaopatrzeni w to wszystko mogliśmy spokojnie wyjechać na święta.

 http://slodko-gorzkaholandia.bloog.pl

Wiadomości z Holandii

Szukaj domu w Holandii

Miasto
Pokoje od
Cena od
Cena do
Nieruchomosci Holandia

Facebook