Kurs języka holenderskiego

Pierwsza lekcja kursu odbyła się 5 października o godzinie 20.30. Zajęcia prowadziła starsza pani. To znaczy z wyglądu była starsza i pomarszczona, ale ile miała naprawdę lat trudno było wyczuć.

Na kurs przyszło około 20 osób w tym pani G. Niezbyt podobało mi się to, że ona będzie chodzić ze mną na kurs, bo nie chciałam mieć z nią i z całą jej rodziną nic wspólnego. Na szczęście już na początku okazało się, że kurs będzie prowadzony w języku angielskim i pani G. szybko zrezygnowała. Na pauzie podeszła do lektorki i wyjaśniła ze nie zna angielskiego i rezygnuje z kursu, po czym pożegnała się i wyszła.

Pierwsze spotkanie było raczej typowo organizacyjne. Poznawaliśmy się wszyscy, przedstawialiśmy się, kto jak się nazywa i skąd pochodzi.

Oprócz mnie było jeszcze kilku Polaków, para Węgrów, para Anglików, Francuzka, Surinamka i kilka innych osób, których narodowości nie pamiętam.

Od razu okazało się też, że potrzebne podręczniki trzeba sobie samemu kupić. Kurcze, nie dość, że kurs kosztował 180€ to jeszcze mam wydać na książki…

I oczywiście muszą koniecznie być dwie – podręcznik i ćwiczenia i obie z płytami CD, co dodatkowo podnosi ich koszt.

Musiałam sobie książki zamówić przez Internet i czekać dwa tygodnie na ich dostarczenie. Oczywiście musiałam też zaraz za nie zapłacić, na szczęście za kurs mogłam zapłacić w dwóch ratach.

Kurs odbywał się w każdy poniedziałek od godziny 20.30 do 22.00. Wydawać by się mogło, że to niezbyt późna godzina. Jednak po 20.00 koncentracja znacznie spada i człowiek ma ochotę raczej na relaks czy sen a nie na intensywną naukę.

Do tego ten angielski…

Niby go znam, ale… Właśnie, zawsze jest jakieś ale. Uczyłam się angielskiego jako dziecko, w szkole podstawowej. W pierwszym roku było to śpiewanie piosenek zespołu The Beatles, w drugim roku nauka poprzez zabawę – jak dzieci w przedszkolu, natomiast w trzecim roku wkuwaliśmy dialogi na pamięć. Na tym moja nauka się skończyła.

Jednak, gdy w 2006 roku biuro pracy posłało mnie na kurs języka angielskiego to w dwa i pół miesiąca nauczyłam się więcej, niż przez te 3 lata.

Nauczyłam się, ale języka komunikatywnie – umiałam się przedstawić, opowiedzieć o sobie i swojej rodzinie, zapytać o drogę, opisać osobę, zrobić zakupy. Ale uczyć się holenderskiego po angielsku? Na to zbyt mało znałam ten język….

Chciałam jednak spróbować. Wydawało mi się, że lektorka jest profesjonalistką i że będzie robić wszystko, by nauczyć nas języka. Po drugie myślałam, że jak już zaczniemy, to będzie prowadziła konwersację po holendersku, ucząc nas małymi kroczkami jak dzieci w przedszkolu.

Myliłam się i to w obu przypadkach. Lektorka nie tylko nie przeszła na holenderski i niemal całą lekcje prowadziła po angielsku to jeszcze przeskakiwała materiał w książce jak jej się żywnie podobało. Z mojego punktu widzenia książka też była pomyłką jak na kurs dla początkujących, bo zamiast podstaw już od pierwszych stron zawierała dosyć skomplikowane dialogi, jakieś artykuły, ciekawostki, opowiadania i to wszystko po holendersku.

O ile dialogi dotyczące typowego przedstawienia się były zrozumiałe, o tyle dialog np. w autobusie czy u lekarza dla początkującego był mniej zrozumiały, nie mówiąc już o reszcie materiału, do których zwyczajnie nie znaliśmy słówek.

Owszem, lektorka dała nam kilka dodatkowych kartek ksero na których wypisany był alfabet oraz nazwy warzyw, owoców, mięsa, ryb, sklepów czy zawodów ale dla kogoś, kto nie znał tych nazw po angielsku był to już duży problem.

Do tego płyty CD, na których dialogi były nie do końca zrozumiałe z powodu szumów w tle lub wadliwego odtwarzacza i kurs stawał się porażką nie tylko dla mnie…

Po kursie zawsze rozmawiałam z uczęszczającymi na niego Polakami i ich opinie były podobne do moich. Im też wcale nie było łatwiej:

- Agnieszka miała partnera Holendra, który jednak był dyslektykiem i w żaden sposób nie mógł nauczyć ją poprawnej wymowy

- Paulina i Przemek (małżeństwo) umieli wprawdzie po angielsku, ale to w zasadzie tylko Przemek umiał. Z holenderskiego byli typowymi samoukami. Co załapali gdzieś w pracy to zapamiętali.

- druga Paulina nie pracowała, siedziała z małym dzieckiem w domu, angielski znała wyłącznie ze szkoły, w sumie wcale nie lepiej niż ja. Jej mąż miał własną firmę i też komunikował się wyłącznie po angielsku.

Pozostałym było lepiej, bo w ich krajach ojczystych w szkołach podstawowych angielski był przedmiotem obowiązkowym, tak jak u nas swego czasu rosyjski…

Byli też i tacy, co próbowali sobie życie ułatwić i zamiast pilnie odrabiac zadania w domu, to przed zajęciami na naszych oczach bezczelnie zaglądali do tyłu ksiązki i przepisywali znajdujące się tam rozwiązania zadań. Zero kreatywności, zero wysiłku. Nie rozumiałam jaki mieli w tym cel, bo przecież w ten sposób niczego nie da sie nauczyć...

Przez pierwszych kilka lekcji nie poddawałam się, próbowałam wyłapać sens wypowiedzi bez konieczności używania języka angielskiego. Marnie to szło, ale szło. Tym bardziej, że ja też niektóre zwroty znałam już z pracy. Liczebniki nie były dla mnie problemem, umiałam się przedstawić, powiedzieć skąd pochodzę i gdzie mieszkam oraz opowiedzieć krótko o swojej rodzinie. Reszta była czarną magią….

Siedziałam w domu i próbowałam to jakoś rozgryźć. Słuchałam tych nieszczęsnych płyt, czytałam dialogi, wertowałam słowniki. Tłumacz gogle był w użyciu na początku dziennym. Korzystałam z innych książek, między innymi z książki „Niderlandzki krok po kroku” Agaty van Ekeren Krawczyk, którą kupiłam chyba z rok wcześniej. Książka ta była o niebo lepsza o tych, które mieliśmy na kursie. Nie chciałam jednak zbytnio mieszać, bo już i tak miałam mętlik w głowie.

Próbowałam jakoś usystematyzować wiedzę i robiłam notatki po swojemu. Założyłam specjalny zeszyt, w którym zaczęłam spisywać najważniejsze formuły wraz z ich tłumaczeniem na polski. A więc wszystkie formy powitań i pożegnań, swoje dane (jak się nazywam, gdzie mieszkam, ile mam lat), alfabet wraz z zapisem fonetycznym, zaimki osobowe (ja, ty, my, itp.), czasowniki i ich odmianę przez osoby (być, mieć, musieć) i inne różne zasady. Specjalnie kupiłam sobie przez Internet książkę „Gramatyka języka niderlandzkiego krok po kroku” (również Agaty van Ekeren Krawczyk), która zawiera opisane po polsku reguły gramatyczne i ćwiczenia.

Założyłam drugi zeszyt w formie słownika i próbowałam się uczyć tak, jak wcześniej w Polsce uczyłam się angielskiego – tematycznie poukładane słówka holenderskie (dane osobowe, rodzina, czasowniki, dom itp.) wraz z zapisem fonetycznym i tłumaczeniem.

Jednak nauka szła jak po grudzie. Córka nie zawsze chciała lub umiała mi pomóc.

Na dodatek lektorka nie powtarzała materiału tylko pędziła dalej. Na początku każdej lekcji robiła nam małe dyktanda. Dyktowała nam w zasadzie 10 słów z różnymi "pułapkami" literowymi, czyli takie, gdzie czesto wymawaiło się "u", a pisało się "oe", albo slyszało się "aj" a pisało się "ij", słyszało się "g" a pisało się "h"... Masakra.

Dostaliśmy długaśną listę czasowników nieregularnych i musieliśmy się jej nauczyć. Dobrze, tylko co mi z tego przyjdzie, jak wykuję na pamięć coś, czego w żaden sposób nie rozumiem, nie wiem co oznacza?

Po dwóch miesiącach takiej szarpaniny z lekcji na lekcję coraz bardziej się zniechęcałam. Coraz mniej rozumiałam, choć próbowałam uczyć się na wszystkie możliwe sposoby.

Gdyby nie fakt, że szkoda mi było włożonych w to pieniędzy to zrezygnowałabym chyba już po miesiącu.

Wiadomości z Holandii

Szukaj domu w Holandii

Miasto
Pokoje od
Cena od
Cena do
Nieruchomosci Holandia

Facebook