Bardzo pechowa sobota

W piątek 3 lipca był jak zwykle każdy piątek dniem wypłaty i zakupów. Tym razem miałam w planach odwiedzenie sklepu obuwniczego i zakup sandałków. Zbliżało się bowiem lato, a ja nie miałam odpowiedniego obuwia.

W Schoenenreus znalazłam piękne białe sandałki za bezcen, bo 9,99€ to przecież jak za darmo. Do tego za drugie tyle kupiłam klapeczki na obcasie, na które długo „chorowałam”. Tym sposobem wydając niewielkie pieniądze miałam aż dwie pary butów.

Było mi to bardzo na rękę, tym bardziej, że potrzebowałam jakieś buty do pracy. To znaczy na drogę do i z pracy. Nie lubiłam chodzić na okrągło w „roboczym” ubraniu. Tym bardziej, że moje robocze ubranie składało się z grubego, buro granatowego polara, którego dostałam w pierwszym dniu pracy, z grubego swetra ubranego pod polar, z jeansów i specjalnych butów ze stalowymi czubami, tzw. „stalkapy”. W takim ubraniu raczej nie chodzi się w lipcu po ulicach, nawet w Holandii. Poza tym miałam go dosyć przez 8 godzin w pracy.


Miałam szafkę w damskiej szatni, więc mogłam przebierać się po przyjściu do pracy. Robiłam to jednak jako jedna z nielicznych…

Było lato, można było ubrać spódnicę, cieszyłam się więc z zakupu sandałków. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że nie dane mi będzie długo się z nich cieszyć...

Sobota 4 lipca 2009 roku również zapowiadała się upalna, jak na lato przystało. Rano ubrałam więc jakąś bluzkę, spódnicę i oczywiście nowo zakupione sandałki. W pracy zmieniłam ubranie na „robocze”, zabrałam swoje słuchawki, voice’a, trucka i zameldowałam się pobierając równocześnie pierwszy order.

Wraz z kilkoma osobami zaczęłam pracę o 6.00, a już po godzinie alejki na magazynie zaroiły się od większej ilości ludzi. I jak prawie co dzień zaczął się wyścig – kto szybciej, kto więcej. Oczywiście jak zawsze nie brakowało takich, którzy wszystko mieli głęboko i woleli rozmawiać zamiast pracować. Gdyby jeszcze stanęli sobie gdzieś na boku to nie byłoby problemu. Ale nie – stawali pośrodku alejki i o ile można było ich wyminąć to by zabrać produkty trzeba było skakać im po kontenerach. Masakra.

Pamiętam, że Bożena się bardzo wkurzyła i poszła na skargę do Tona. No bo ileż można – niby są normy, niby trzeba pracować szybko a tu stoją takie zawalidrogi i ani myślą się ruszyć. Ton oczywiście powiedział, że to rozumie i takie tam dyrdymały, ale nie zrobił nic.

Długa pauza jak zawsze minęła na głośnych wygłupach, jednak wszyscy byliśmy trochę nerwowi, bo zapowiadało się na dłuższe siedzenie w pracy a każdy z nas chciał wyjść o 14.00. Narzekaliśmy na „nierobów turasów”, ale nic nie mogliśmy zrobić.

Po pauzie każdy z nas – nas, czyli Polaków – popędził do swojego trucka i orderu. Jedna alejka, druga, kolejna, drukarka, dok i kolejne zamówienie…

Gdzieś w połowie dużego orderu wjechałam w którąś alejkę i musiałam się zatrzymać. Po jednej stronie alejki stał jeden ze starszych panów kontraktowców (nie napiszę, że Turas, bo nie wiem tak naprawdę skąd on był, wiem, że to nie był rodowity Holender i że do tego muzułmanin…) i najspokojniej w świecie rozmawiał z dwoma innymi (muzułmaninami). Obaj byli nowi i bardzo młodzi i tak ja my pracowali przez Adecco. Rozmawiali o pieniądzach, wypłatach, loonstroku (pasku z wypłaty), o pracy, zamówieniach.

W trzy trucki zatarasowali całą jedną stronę alejki i reszta musiała przejeżdżać gęsiego obok nich drugą stroną alejki. Nie można było się nawzajem wyprzedzić i z tego powodu osoby, które potrzebowały podjechać do dalszych lokacji musiały stać z tyłu i czekać na swoją kolej. Zaczęliśmy trąbić na przemian, ale panowie nic sobie z nas nie robili.

Zdenerwowałam się nie na żarty. Zaczęłam głośno po angielsku wyzywać, że takie rozmowy to się załatwia na pauzie a nie na magazynie, że przez takich to czas się marnuje itd. Pokusiłam się nawet użyć holenderskiego „godverdomme” (cholera) i zakończyłam swoj wywód arabskim “yalla, yalla” (szybciej, szybciej) mającym na celu pogonienie tej trójki do pracy. Panowie się ruszyli, jednak tylko ci młodsi bez szemrania. Starszy pan rzucił pod nosem kilka przekleństw w swoim ojczystym języku, a gdy go mijałam patrzył na mnie z nienawiścią. Ja niewzruszenie ruszyłam dalej.

Kolejna alejka, kolejne lokacje, znów zakręt i znów alejka. Jedna lokacja, druga i kolejna i znów trzeba było podjechać kawałek. W pewnym momencie schodząc z trucka, niemalże „w biegu” zamiast na prawej stopie to całym ciężarem rozpędzonego ciała stanęłam na kostce. Poczułam ogromny ból, ale z rozpędu zrobiłam jeszcze dwa kroki i złapałam za karton z jogurtami. Z bólu pociemniało mi w oczach, dokuśtykałam do trucka i usiadłam na kartonach. Z oczu popłynęły łzy. Gdzieś w podświadomości zarejestrowałam Radka „Młodego” jak mi się przygląda i zobaczyłam idącą do mnie Bożenę.

- Co ci się stało? – Zapytała.

- Nic, skręciłam tylko kostkę – odpowiedziałam ze spuszczoną głową wstydząc się łez bólu.

- Jak to skręciłaś? A umiesz chodzić? – Pytała dalej.

- Nie wiem – Odparłam zgodnie z prawdą.

W przeciągu następnych kilku minut zjawił się obok mnie „Młody” z Tonem, którzy na rękach zanieśli mnie do biura teamleaderów. Ton zaczął zdejmować mojego buta jednocześnie obmacując kostkę i pytając, co się stało. Gdy mu próbowałam tłumaczyć on przykładał mi do nogi woreczek z chłodzącym płynem.

Wszystko rozegrało się tak szybko, że nie zdążyłam pomyśleć o moim nieskończonym zamówieniu. Ton jednak o nim pomyślał porosząc Bożenę o jego odstawienie na bok i skończenie w momencie, gdy ona skończy swój order.

Gdy tak siedziałam z woreczkiem chłodzącym na kostce w biurze zjawił się Mark, szef całego górnego magazynu oraz teamleader z AGF. Wszyscy radzili mi bym w poniedziałek rano poszła do lekarza. Mark ponownie wypytał mnie o całe zdarzenie, miałam więc nadzieję, że spisze protokół wypadku przy pracy.

Ja musiałam się jakoś dostać do domu. Liczyłam na to, że okłady z wody z octem dobrze mi zrobią.

Zaczęłam intensywnie wydzwaniać do Kaśki. Najpierw na telefon domowy, potem na komórkę – niestety bez rezultatu.

Po kilku nieudanych próbach zadzwoniłam do męża. Gdy odebrał powiedziałam mu co się stało i poprosiłam by on spróbował zadzwonić do Kaśki, bo ona musi po mnie przyjechać swoim samochodem. Nasz samochód mógł zostać chwilowo na firmowym parkingu, ja nie mogłam zostać dłużej w pracy.

Powiedziałam Tonowi i Markowi, że już mi trochę lepiej i że pójdę do szatni się przebrać. Generalnie powinnam się domagać wezwania karetki pogotowia, ale jakoś nie chciałam tego robić. Obawiałam się kosztów, które będę musiała z tego tytułu ponieść. Pokuśtykałam więc do szatni. Musiałam pokonać około 30 schodów i to na jednej nodze….

W tym czasie zadzwonił mój mąż z informacją, że u Kaśki nie ma nikogo w domu. Poprosiłam go by on sam przyjechał po mnie na skuterze. Przecież jakoś musiałam wrócić do domu, a obawiałam się, że z tak boląca nogą nie będę w stanie prowadzić samochodu.

Przyjechał tak szybko, jak mu na to pozwalał skuter. Przywiózł mi też inne buty, bo niestety nie mogłam wrócić do domu w butach na obcasie, a ponowne ubranie buta roboczego nie wchodziło w grę.  Oprócz mnie w szatni nie było nikogo, więc mógł spokojnie wejść i pomóc mi się przebrać. Miałam z tym spory problem, nie ma co ukrywać. Noga bolała jak cholera i co najgorsze spuchła.

Z szatni wyskakałam na lewej nodze podtrzymywana przez męża. Na naszej drodze na parking samochodowy było około 100 schodów w dół i długaśny korytarz do przejścia.  Byłam pewna obaw, jak sobie z tym poradzę.

Wychodząc z szatni spotkaliśmy ludzi pracujących na Diepvries, którzy własnie kończyli pauzę. Był tam między innymi gadatliwy Radek z synem i bratem, oraz pewien Holender. Generalnie zawsze myślałam, że jest on chory na zespół Downa, bo tak właśnie wyglądał, do tego ciągle się uśmiechał bezzębnym koszmarnym uśmiechem. Okazało się jednak, że facet jest bardzo mądry. Powiedział, że mam zgłosić się na szpital i to najlepiej jeszcze dziś, robić zimne okłady na kostkę i nie chodzić. Podobno kiedyś był masażystą…

O ile Radek z bratem kazali mi jechać prosto do szpitala i natychmiast wrócili do pracy, o tyle ten Holender, którego imienia niestety nie pamiętam (a szkoda) pomógł mojemu mężowi sprowadzić mnie (a raczej znieść, bo chodzić już nie umiałam) z najwyższych stopni. Przy wyjściu na VDG powiedział, że w dół pojedziemy windą. Później prawie mnie niósł przez cały długi korytarz do wyjścia i następnej windy prowadzącej już na parking. On też przed odejściem radził natychmiast udać się do szpitala. Ja jednak najpierw chciałam się dostać do domu.

Mój mąż podjechał samochodem pod samo wejście. Pomógł mi usiąść na miejscu pasażera, a sam usiadł za kierownicą. I tu muszę napisać (bo nie wiem czy już to pisałam), że mój mąż potrafi jeździć samochodem, ale niestety prawa jazdy to on nie ma. Stres spowodowany sytuacją, w jakiej się znalazł, czyli przymus prowadzenia samochodu sprawił, że przez jakiś czas nie poruszaliśmy się płynnie, a raczej skokami…

Niestety, nie mieliśmy innej możliwości dostania się do domu. Na szczęście to tylko 10 km. Po drodze prosiłam jeszcze by zajrzał do sklepu i poszukał Altacetu. Wiedziałam, że jest on dobry na opuchliznę, niestety Altacetu nie było i miałam być skazana wyłącznie na wodę z octem.

Chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu, rozebrać z butów i usiąść na sofie z nogami do góry…

W domu dzieci patrzyły na mnie przestraszone i pytały co się stało, gdzie tata zostawił skuter i czy mnie bardzo boli. Odpowiedziałam na wszystkie pytania zgodnie z prawdą, a na końcu powiedziałam, że chyba trzeba będzie jechać do szpitala…

No dobrze, tylko jak ja to wszystko wytłumaczę lekarzowi??? Moja córka niestety nie znała ani charakteru naszej pracy, ani słów holenderskich na tyle, by mogła służyć za tłumacza. U Kaśki nadal nikogo nie było więc zdecydowaliśmy się poprosić o pomoc gadatliwego Radka.

Pisałam już, że raczej za nim nie przepadałam, bo zachowywał się jak pępek świata i opowiadał niestworzone historie, ale świetnie mówił po holendersku i wtedy była to dla nas jedyna nadzieja.

Radek przyjechał prosto z pracy. To znaczy przywieźli go dwaj koledzy, którzy później mieli po niego wrócić. Chwilę porozmawialiśmy o całej sytuacji i gdy koledzy Radka odjechali on wraz z moim mężem „zapakowali” mnie do samochodu, Radek usiadł za kierownicą i pojechaliśmy prosto do szpitala. Gdy już tam dotarliśmy Radek bez słowa posadził mnie na specjalnym wózku i zawiózł na izbę przyjęć. Tam w rejestracji opowiedział co się stało i pani siedząca w okienku skierowała nas do poczekalni. Z racji tego, że nie byliśmy tam jedyni musieliśmy czekać na swoją kolej.

Czekanie bardzo się dłużyło, jednak Radek próbował je nam „umilić” opowiadając historie ze swojego życia. Usłyszeliśmy o żonie, poronieniu, lekarzach, rozwodzie, Holandii, kolejnej towarzyszce życia itd. Pomiędzy przerwami w bólu zastanawiałam się ile tak naprawdę w tym jest prawdy, ale ile zmyślonych zdarzeń. Niestety, pomimo usilnych starań nie udało mi się tego dowiedzieć.

Po dobrych dwóch godzinach czekania wreszcie przyszła nasza kolej. Mój mąż z Radkiem wwieźli mnie do gabinetu lekarza, który bardzo miło się z nami przywitał, wysłuchał całej historii, obmacał moją spuchniętą kostkę i zarządził zdjęcie rentgenowskie. Zawieziono mnie do rentgena, gdzie zrobiono zdjęcia mojej kostki z trzech stron i znowu musieliśmy czekać w poczekalni.

Po kolejnych 30 minutach znów zostaliśmy poproszeni do gabinetu lekarza. Tam dowiedziałam się, że noga wprawdzie nie jest złamana, ale torebka stawowa jest na swoim miejscu, jednak ścięgno jest naderwane i muszę mieć gips na co najmniej tydzień….

Miałam już dość, byłam strasznie zmęczona bólem i czekaniem. Potulnie dałam się zawieźć do gipsowania, które obserwowałam w milczeniu. Szczerze powiedziawszy nigdy wcześniej nie miałam nic w gipsie i pomimo zmęczenia i stresu byłam ciekawa jak się to odbywa. Zagipsowano mi nogę trochę poniżej kolana pozostawiając wolne palce, które kazano i bacznie obserwować i w razie ich sinienia lub drętwienia natychmiast wracać na izbę przyjęć. Oczywiście Radek wszystko pilnie tłumaczył. Na koniec pani, która zakładała mi gips wręczyła mi kule, bym mogła się łatwiej poruszać po mieszkaniu…

Oczywiście otrzymałam szczegółową instrukcję, by jak najmniej chodzić i nie opierać się na gipsie. Mogliśmy wreszcie wrócić do domu. Całą drogę zastanawiałam się, jak przez ten tydzień będę się myć pod prysznicem. Gipsu przecież nie mogę zamoczyć.

Nieoceniony Radek uświadamiał mnie, że to dopiero początek. Że zacznie bardzo boleć, swędzieć, że potem będzie rehabilitacja i że on już to przeżył (a jakże!), gdy grając w piłkę nożną skręcił nogę w kostce i zerwał ścięgno…

Byłam mu wdzięczna za pomoc, bardzo. Ale byłam już tak zmęczona, że chciałam, aby jak najszybciej sobie już pojechał do domu. Gdy po Radka wreszcie przyjechali koledzy odetchnęłam z ulgą, z pomocą męża przebrałam się w luźny dres i położyłam się na sofie.

Niestety, ból nie dał mi odpocząć. Czułam się tak, jakby mi coś rozrywało kość od środka, w dodatku opuchlizna zaczęła strasznie swędzieć. Niestety pod gipsem nie mogłam się podrapać, a ból i świąd były tak dokuczliwe, że ze złości i bezsilności chciało się wyć. Mąż zaaplikował mi większą dawkę środków przeciwbólowych, i wręczył mi druty do robótek ręcznych…

W pierwszej chwili nie zrozumiałam o co chodzi, przecież nie umiem robić na drutach. Owszem, uczyłam się w szkole, ale stanowczo wolałam haft krzyżykowy, a te druty były potrzebne mojej córce w basisschool. Jednak mój mąż niezrażony powiedział, że są to specjalne druty do drapania pod gipsem. Geniusz!! Nie wpadłabym na to sama. Jeden drut musiał mi jednak lekko wykrzywić, bym mogła podrapać się dokładnie tam, gdzie mnie swędziało.

Przyznam szczerze, że odczułam ogromną ulgę – skóra przestawała swędzieć, a i środki przeciwbólowe zaczęły wreszcie działać.

 

więcej na: http://slodko-gorzkaholandia.bloog.pl/

Szukaj domu w Holandii

Miasto
Pokoje od
Cena od
Cena do
Nieruchomosci Holandia

Facebook