Komentarze

Rehabilitacja, UWV i bolesny powrót do pracy

Share

Kupno domu w Holandii

Zanim z Polski wróciły nasze dzieci musiałam rozwiązać problem z nogą. Po drugiej wizycie w szpitalu ostatecznie zdjęto mi usztywniający plaster po raz drugi robiąc mi darmową depilację nogi. Wreszcie mogłam w miarę normalnie chodzić. Jednak ból nogi nie mijał. Pielęgniarka powiedziała, że na dalsze ewentualne leczenie mam się udać do lekarza rodzinnego.

Nadal miałam wrażenie ocierania kości o kość, nie mogłam długo i szybko chodzić, o biegu mogłam zapomnieć, o butach na obcasie również. Nie miałam pojęcia jak wrócę do pracy, gdzie trzeba było niemal biegać z kartonami. Poszłam więc do lekarza rodzinnego, gdzie miła pani doktor dała mi skierowanie na rehabilitację.

Na szczęście gabinet rehabilitacji znajdował się blisko mojego domu i mogłam się tam udać pieszo. Zanim jednak trafiłam do gabinetu rehabilitacyjnego musiałam zrobić afspraak, czyli umówić się na spotkanie w konkretnym dniu o konkretnej godzinie.

W umówionym dniu i o umówionej godzinie weszłam do gabinetu młodziutkiej i bardzo miłej pani rehabilitantki i zaczęłam po angielsku opowiadać, co i jak z nogą. Rehabilitantka uważnie mnie wysłuchała i poprosiła o to, bym zdjęła buty i usiadła na kozetce. Zaczęła oglądać i dotykać moja stopę i kostkę, która nadal była lekko opuchnięta. Miałam nadzieję na jakieś masaże, czy naświetlania jednak lekarka zaczęła delikatnie kręcić moją stopą i pytać o miejsce i natężenie bólu. Poczułam rozczarowanie, bo czułam się jak na chirurgii w momencie nastawiania złamanej kości, a nie jak w gabinecie rehabilitacyjnym.

Po około 10 minutach takiego maltretowania zostałam poproszona o zrobienie kilku kroków. Później dowiedziałam się, że powinnam dużo, ale powoli chodzić, nie powinnam ciężko dźwigać i jednocześnie dużo wypoczywać z nogą zawsze uniesiona wyżej. Następne spotkanie za tydzień, dziękuję, do widzenia….

Drugie i kolejne spotkanie przebiegło bardzo podobnie, a na moje zapytanie o masaż lub ćwiczenia gimnastyczne usłyszałam, że jeszcze za wcześnie. Miałam dosyć takiej rehabilitacji.

Na dodatek po upłynięciu miesiąca kalendarzowego otrzymałam rachunek z ubezpieczalni i okazało się, że nie dość, że każda wizyta kosztuje mnie 28€, to jeszcze muszę sama pokrywać jej koszty. Czemu tak? Otóż mam wykupiony basis pakiet, który nie pokrywa kosztów rehabilitacji…. Przy wizytach dwa razy w tygodniu miałam do zapłacenia niezłą sumkę…

Jak już pisałam nie dostaliśmy urlopu i dlatego moi rodzice byli zmuszeni przyjechać do Holandii po raz trzeci w tym roku, tym razem by przywieźć moje dzieci z powrotem do domu. Nie zostali długo, ale za to znów zaopatrzyli mi lodówkę we wszystkie najpotrzebniejsze wiktuały.

W międzyczasie otrzymałam pismo z UWV informujące mnie o konieczności stawienia się na komisję lekarską. W piśmie wyznaczona była data, godzina i nazwisko osoby, z którą mam się spotkać. I od razu powstał problem, z kim się tam udać w roli tłumacza…

Okazało się, że będę musiała iść tam sama. Data spotkania wyznaczona była na 31 sierpnia, gdzieś koło godziny 12.00 czy 13.00. Moja córka, która coraz lepiej radziła sobie z językiem była niestety w tym czasie w szkole, a Kaśka akurat niedawno znów zaczęła pracować w Schuitemie…

Dzwoniłam nawet do pani Irenki, która prowadziła scholie w rotterdamskim kościele. Wiedziałam, że ona mieszka w Leiden, a właśnie tam miałam się udać na ową komisję. Niestety, ona w tym czasie pracowała i pomimo szczerych chęci nie mogła mi pomóc. Nie pozostało mi nic innego, jak pojechać samej.

W wyznaczonym dniu stawiłam się, więc przed gmachem UWV. Znalazłam miejsce parkingowe i weszłam do środka budynku. Tam w informacji pokazałam list oraz dowód osobisty, otrzymałam do podpisania formularz zwrotów kosztów podróży oraz zostałam poproszona o zajęcie miejsca w poczekalni.

Trochę bałam się tej wizyty, bo nie wiedziałam, czego się po niej spodziewać. Miałam wprawdzie „list polecający” od rehabilitantki ale i tak byłam pełna obaw.

Po dobrych 15 minutach oczekiwania wreszcie przyszła moja kolej. Moje nazwisko wywołała pani w wieku tak na oko powyżej 50 lat. Nie wyglądała na Holenderkę, a raczej na jakąś Hinduskę, jednak ubrana była całkiem zwyczajnie.

Zaprowadziła mnie do gabinetu, usadziła na krześle i zaczęło się swoiste „przesłuchanie”. Było mi bardzo ciężko, chociaż okazało się, że ona doskonale zna angielski. Ja jednak nie znałam tego angielskiego perfect i dużo rzeczy musiałyśmy sobie nawzajem tłumaczyć „rękami i nogami”. Głównie chodziło o warunki mojej pracy i o przebieg wypadku.

Pani doktor obejrzała moja stopę i kostkę, przyjrzała się sposobowi mojego chodzenia, wypytała o miejsca bólu, o stosowane medykamenty i sposób rehabilitacji. Wszystko szybciutko zapisywała w komputerze. Na koniec poinformowała mnie, że najlepiej gdybym próbowała wrócić do pracy, ale na ½ etatu. Stwierdziła, że albo biuro pracy da mi inną, najlepiej siedząca pracę, albo pozwoli mi pracować 3-4 dni w tygodniu po maksymalnie 4 godziny.

To było kolejne rozczarowanie. Nie wyobrażałam sobie, w jaki sposób mam pracować (chodzić) z bolącą nogą. Wiedziałam, że ani Adecco ani Schuitema nie da mi innej, siedzącej pracy. Takie stanowisko nie było przewidziane dla kogoś pracującego jako uitzendkracht. Jednak zalecenie pani doktor było wyraźne – próba powrotu do pracy z jednoczesną dalszą rehabilitacją nogi.

Nigdy dotąd nie narzekałam na służbę zdrowia w Holandii, bo ta w porównaniu ze swoim polskim odpowiednikiem zawsze wychodziła na duży plus, a tu takie rozczarowanie. Czyżby holenderskie komisje lekarskie były takie same jak te polskie z ZUS-u???

Miałam dość. Poprosiłam jeszcze o jakiś dokument, który mogłabym pokazać w pracy. Usłyszałam jedynie, że takie pismo przyjdzie pocztą i na tym moje spotkanie się skończyło. Wracałam do domu rozczarowana i pełna niepokoju, co bedzie dalej….

Od razu udałam się do gabinetu rehabilitacyjnego by zdać sprawozdanie z komisji i poprosić o radę. Rehabilitantkę zbytnio nie zdziwiło oświadczenie pani doktor-orzecznik, ale na moją prośbę wystawiła mi zaświadczenie w myśl którego, mam podjąć próbę powrotu do pracy na 4 godziny dziennie i 4 dni w tygodniu. Poradziła mi też, by poprosić biuro pracy o ustawienie grafika pracy w ten sposób, bym chodziła do pracy dwa dni pod rząd, jeden wolny i znów dwa dni. O święta naiwności, przecież ja jestem tylko uitzendkracht, czyli mały trybik w maszynce. Co kogo obchodzi moja noga? To mój problem i niczyj więcej.

Gdy tylko pojawiłam się w biurze Adecco, Cuneyt przywitał mnie radośnie z zapytaniem, kiedy wreszcie wracam do pracy. Gdy jednak przeczytał pisemne zalecenie rehabilitantki to już mina mu skwaśniała i stwierdził, że taka praca jest niemożliwa. Podałam mu numer telefonu do pani doktor orzecznik UWV z propozycją by do niej zadzwonił i osobiście ją o tym fakcie poinformował, w przeciwnym wypadku sam z własnej kieszeni będzie mi wypłacał zasiłek chorobowy.

Jego oczy ciskały gromy, gdy ustawiał mi grafik na pierwsze dni mojej pracy.

Pracę zaczęłam od 6 września.

Po burzliwych pertraktacjach udało mi się wynegocjować pracę w godzinach od 8.00 do 12.00, w systemie 2 dni pracy/1 wolny/2 dni pracy. Niestety taka obietnica była tylko na pierwszy tydzień mojej pracy. Każdy kolejny musiałam znów walczyć i pertraktować.

Powrót do pracy był męczarnią. Noga bolała niema przy każdym kroku i moja „produktywność” zmalała chyba o 60%. Miałam to głęboko w nosie, bo z tego, co zauważyłam to zdrowi kontraktowi pracowali jeszcze wolniej. Na szczęście teamleaderzy byli wyrozumiali. Dawali mniejsze ordery, nie poganiali, co chwila pytali czy wszystko jest ok. Obawiałam się tylko, że wiecznie nie będzie tak różowo i zaczną mi „przykręcać śrubę” a czułam, ze tego moja noga nie wytrzyma.

Cztery godziny chodzenia po magazynie z równoczesnym obciążeniem w postaci podnoszenia wcale nie lekkich przecież kartonów to już było duże wyzwanie dla uszkodzonego ścięgna i stawu. Do tego dochodziła ogromna ilość schodów prowadzących na magazyn i do szatni. No i oczywiście z powrotem…

Wracałam do domu z nogą tak bolącą, że wydawało mi się, iż puchnie w bucie. Na szczęście nie puchła, a jedynie strasznie bolała. Prace domowe sprowadzałam do minimum, ograniczałam wchodzenie po schodach do sypialni i pokojów dzieci, sprzątaniem zajmował się mąż na spółkę z dziećmi. Ja przygotowywałam jedzenie i na zmianę z córką pilnowałyśmy gotujących lub smażących się produktów. Co tylko mogłam wykonywałam na siedząco – obieranie ziemniaków, składanie prania itp. By następnego dnia móc podjąć pracę musiałam dużo odpoczywać z nogą uniesioną do góry. Nie pomagało….

Bywały dni, w których zwalniałam się z pracy po 3 a nawet już 2 godzinach, bo ból był nie do zniesienia. Każdorazowo musiałam po drodze wstąpić do biura Adecco i poinformować, że z powodu bólu nogi idę do domu. I każdorazowo widziałam przed sobą skrzywioną twarz Cuneyta.

Pod koniec września powiedziałam „dosyć” i poinformowałam Cuneyta o powrocie na chorobowe. Nie był z tego powodu zbytnio zadowolony, jednak zgłosił ten fakt do UWV.

Wypłata wstrzymanego na czas powrotu do pracy zasiłku chorobowego została niemal natychmiast kontynuowana. Byłam mile zaskoczona, no ale Kaśka kilkakrotnie w moim imieniu dzwoniła do pani doktor orzecznik i po pierwsze pytała o to nieszczęsne pismo, które rzekomo miało przyjść pocztą a po drugie poinformowała ja niezależnie od Adecco, że nie jestem w stanie pracować i dlatego wracam na chorobowe.

Co do pisma – to już zgłupiałam całkiem, ponieważ doktor orzecznik odrzekła że pisma takowego nie ma i nie będzie. Dziwne to dla mnie było. Owszem, wiedziałam, że tutaj w Holandii wszystko idzie drogą elektroniczną i każdy lekarz specjalista wysyła wyniki bezpośrednio do lekarza rodzinnego, ale na chłopski rozum jakiś dowód tej wizyty powinnam mieć, a tu nic….

Wróciłam do punktu wyjścia, czyli do kolejnych „zabiegów” rehabilitacyjnych nieprzynoszących efektów. A gdy rehabilitantka zaproponowała mi i mimo moich oporów założyła na kostkę usztywnienie w postaci… elastycznego plastra (tego samego, co w szpitalu po zdjęciu gipsu) zbuntowałam się. Umówiłam się na wizytę u lekarza rodzinnego i po krótkich wyjaśnieniach zażądałam skierowania do ortopedy.


http://slodko-gorzkaholandia.bloog.pl



Dodaj komentarz


Wiadomości z Holandii

Niemiecki wywiad: samolot zestrzelili Ro…

Niemiecki wywiad: samolot zestrzelili Rosjanie

Niemiecka Federalna Służba Wywiadowcza (BND) nie ma wątpliwości – za lipcową katastrofą lotu MH17, w której zginęło 298 osób, w większości Holendrzy, stoją prorosyjscy separatyści. Dziennik Der Spiegel pisze o niedawnym...

Czytaj wiecej

Więcej w: Wiadomości z Holandii

O Polakach w Holandii

Szukaj domu w Holandii

Miasto
Pokoje od
Cena od
Cena do
Nieruchomosci Holandia

Sport

Polska pokonała Holandię w rugby

Polska pokonała Holandię w rugby

Reprezentacja Polsku w rugby pokonała w sobotę wieczorem Holandię 9:8 w meczu zaliczającym się do Pucharu Narodów Europy w dywizji 1B. Spotkanie odbyło się na stadionie Polonii w Warszawie.

Czytaj wiecej

Więcej w: Sport

Facebook


stat4u

Na tej stronie są wykorzystywane pliki cookies. Stosujemy je w celach zapewnienia maksymalnej wygody użytkowników przy korzystaniu z naszych serwisów (zapamiętywanie preferencji i ustawień na naszych stronach, zbieranie anonimowych danych dla celów reklamowych i statystycznych). Użytkownik ma możliwość samodzielnej zmiany ustawień dotyczących cookies w swojej przeglądarce internetowej. Jeżeli wyrażasz zgodę na zapisywanie informacji zawartej w cookies kliknij w Zamknij. Jeżeli nie wyrażasz zgody - zmień ustawienia swojej przeglądarki. Przeczytaj naszą politykę prywatności.

Akceptuję cookies z tej strony.